Do Portugalii mogłabym jeździć zawsze, w każdej chwili, w każdej porze roku, dnia i nocy.  To taki, kraj, który pomimo, że niewielki, że na samym krańcu Europy, odkrywa za każdym razem coś nowego, coś innego, coś co dla mnie staje się inspiracją odpoczynkiem, oddechem, zmianą rzeczywistości. Co warto zobaczyć i gdzie spać na pewno znajdziecie na wielu innych podróżniczych wpisach internetowych. Ja chciałabym na tyle, na ile potrafię pokazać klimat, ale nie ten geograficzny co emocjonalny. Na początek oczywiście Lizbona.

LIZBONA – stolica, największe miasto Portugalii. Miasto, w którym mieszają się ze sobą, tworząc idealną mieszankę optymizmu: słońce, ludzie, Tag, Fado, melancholia, radość, azulejos, Pasteis de Belem, tramwaje, widoki itp.itd.

 

 

Moim zdaniem klimat Lizbony, świetnie oddają dwa filmy: Lisbon Story, Wima Wendersa albo Imagine Andrzeja Jakimowskiego. Oba ze stonowaną, spokojną akcją i oba skupione na dźwiękach tego miasta. I właśnie tak jak w tych filmach brzmi Lizbona. Oglądnijcie koniecznie, zanim pojedziecie do tego miasta.  Wiele miejsc z filmów odnaleźliśmy. Kawiarenkę, która „zagrała” w Imagine znaleźliśmy na Alfamie. Pani tam pracująca wystawiła specjalnie dla nas stoliki, żeby było tak, jak w filmie 😊 Obok przejeżdżał żółty tramwaj, chodzili ludzie, świeciło słońce. Zresztą na Alfamie także nocowaliśmy. Ale tutaj odradzam nocowanie w czasie festiwalu św. Antoniego (czerwiec). Portugalczycy zaczynają zabawę codziennie około wieczora a kończą około czwartej nad ranem. Grilują sardynki, piją piwo i grają głośne disco. Drzwi do naszego apartamentu znajdowały się metr od zrobionego z połowy stalowej beczki grila. Mieliśmy blisko po bułkę z sardynką i porto w plastikowym kieliszeczku. Spać się nie da, za to jest się w samym centrum imprezy.  Alfama ma niesamowity urok wąskich, starych uliczek, porannej ciszy, wieczornych rozmów mieszkańców, brukowej kostki, zamku, kwiatów i kapliczek, no i fado.

Fado – jedyna w swoim rodzaju muzyka, typowa dla Portugalii. Melancholijne, czasami smutne, czasami tęskne, czasami radosne. Śpiewane przez wielu. Ja uwielbiam Marizę czy Madradeus. Fado śpiewają głownie kobiety, ale zdarza się lokal ze śpiewającym mężczyzną. Wieczorem wystarczy kierować się słuchem i można spokojnie znaleźć lokale, gdzie wykonywane jest „na żywo”. Posłuchajcie koniecznie przed wyjazdem. Poznacie melancholijną duszę Portugalczyków

Lizbona leży nad rzeką Tag. Nad Tagiem spędzaliśmy wieczory. Na zielonej, soczystej trawie toczyło się życie młodzieży, akrobatów, odpoczywających turystów, mieszkańców. W oddali płynęły potężne statki wycieczkowe. Tag przepływa także przez dzielnicę Lizbony – Santa Maria de Belém, czyli w skrócie Belém. To właśnie stąd Vasco da Gama wypłynął do Indii. A co m.in. przywiózł stamtąd? Pieprz 😉, na którym z resztą zarobił najwięcej. Klimat wielkich podróżników czuć na każdym kroku. Jest port, są portowe doki, wieża Torre de Belém jest Muzeum Morskie. Nie zapomnijcie zarezerwować miejsca w kawiarni Pasteis de Belém. Ciasteczka – słooooodkie ale pyyyyszne. Tylko kolejka potwornie długa.

 

Do ciasteczka oczywiście słynna bica. Czyli wyjątkowo mocna kawa esspresso. W wykonaniu portugalskim jest co najmniej jak podwójna włoska 😉 Portugalczycy wpadają na bicę do kawiarni, dosłownie na chwilkę. Zamawiają, piją przy barze, zamieniają kilka słów i idą dalej. Czasami jednak, jak to południowcy utkną z tą jedną mała bicą na dłużej. Bica najlepsza w kawiarni Nicola lub A Brasileira. Obie skrajnie różne. Pierwsza to dużo szkła, luster, chromu. Kiedyś kultowe miejsce pisarzy i polityków. Druga poza lustrami, ciemne drewno, brązy, rzeźbienia, zielone drzwi. To kultowe miejsce. To tam przesiadywał Fernando Pessoa, największy portugalski poeta, pisarz, krytyk literacki.

 

Na ulicach Lizbony, zgodnie ze wspomnianymi wcześniej filmami słychać. Słychać Portugalczyków, mówiących dużo i namiętnie, turystów z całego świata, gołębie, tramwaje, samochody, fado. Słychać też tango. I w rytm tego tanga zobaczyć można tańczących ludzi.

Co jeszcze? Azulejo. Wszędzie. Domy, sklepy, kawiarnie wyłożone w środku i na zewnątrz  słynnymi płytkami. Wśród zieleni, fioletowych drzwi, amarantusów, dodatkowo, najczęściej biało-niebieskie ale też często kolorowe płytki, tworzące całe obrazy lub mozaiki.

Sklepy i fryzjerzy – o tym jeszcze muszę napisać. Sklepy w Lizbonie są przeróżne. I nie mam na myśli tego, co sprzedają, ale to jak wyglądają. Są oczywiście nowoczesne sieciówki, znane każdemu ale są też sklepy „z innej bajki”. Takie co mają swój styl, klimat i aranżację niezmienioną od wielu lat. Sprzedający garnitury, tkaniny, pamiątki, puszki z sardynkami, owoce, ryby itd. To w nich waga z lat 50tych wciąż działa, pani, której wizerunek znajduje się na etykiecie sardynek, wciąż zawija puszki. W salonach fryzjerskich te same fotele, brzytwy, lustra od momentu ich powstania. Pucybuci na ulicy, z tą samą zaciętością czyszczą buty od lat.

No i tak mogłabym jeszcze pisać i pisać. O suszonych dorszach w sklepach, o winie, o praniu suszącym się nad naszymi głowami, o zniszczonych ścianach, o wiadukcie, oceanarium, dworcu co nie jest dworcem, placach, designie…. Może innym razem. Może gdy uda mi się kolejny raz odwiedzić to miasto.

Magdalena Gackowska, Cat Inside

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz